No dobra, zdecydowałem się, ale miałem pełną świadomość, która wiąże się z „próbą” podejścia do tematu. Jeśli próba nie wyjdzie i w połowie drogi będę musiał sobie odpuścić, zostanę z górą klocków wartą kilkaset złotych (albo i więcej), których raczej nie będzie jak sensownie sprzedać. Tak więc cała zabawa wymagała zaangażowania all the way, gdyż już od momentu pierwszego zakupu koszta były znaczne.
Będąc jednak osobą racjonalną postanowiłem nieco zwiększyć swoje szanse i zminimalizować ewentualne straty przyjmując parę założeń:
– po pierwsze na zakupy klocków nie przeznaczać więcej jak średnio stówkę miesięcznie (jak łatwo obliczyć, z pełną świadomością przyjąłem, że projekt będę realizował przez 2-3 lata, ale biorąc pod uwagę jego istotę opisaną wcześniej, była to raczej zaleta i wydłużone delektowanie się chwilą między ustami a brzegiem pucharu).
– zero nieprzemyślanych zakupów: wszystkie wydatki muszą być świadome i bazować na analizie rynku, aby zminimalizować szanse przepłacenia za cokolwiek. Długi horyzont czasowy dawał mi ten komfort, że mogłem czekać miesiącami/latami aż dany element trafi się w pożądanej cenie.
– czego oczy nie widzą, tego sercu nie żal: koszt całej zabawy można radykalnie (i mam na myśli RADYKALNIE) zredukować stosując zamiast przewidzianych instrukcją klocków zamienniki. I nie mam tu na myśli mieszanie LEGO z COBI, tylko subtelne podmianki klocka w jednym odcieniu szarego na inny odcień szarego, czy klocka z pełnym bolcem, na taki z pustym. Są to modyfikacje, które jest w stanie rozpoznać tylko posiadacz oficjalnego zestawu (a ilu ich jest?), natomiast różnice w cenach między jedną wersją klocka a drugą mogą być kilkadziesiątkrotne! Tę samą zasadę przyjąłem dla elementów stricte konstrukcyjnych z wnętrza statku, które są absolutnie niewidoczne z zewnątrz – np. zamiast ładnych wizualnie żółtych belek konstrukcji przyjętych w oficjalnym zestawie postanowiłem zastosować znacznie tańsze czarne, nadal kompletnie schowane w kadłubie.

Tak więc rozpocząłem studiowanie instrukcji budowy Falcona i netu, aby znaleźć elementy, które można zastąpić tańszymi odpowiednikami. Znalazło się ich całkiem sporo, ale szybko przyjąłem zasadę, że jeśli tylko dany klocek będzie zbyt widoczny lub za bardzo odstawał od otaczających go elementów, biorę go w pierwotnym kolorze, nawet za wyższą cenę. Były jednak i od tej reguły pewne wyjątki: nie miałem najmniejszego zamiaru dawać półtora kafla za dwie drabinki – osłony dysz silników, które w wersji szarej tylko w zestawie 10179, więc siłą rzeczy ich cena była astronomiczna (a na marginesie – oryginalnie są to drabinki na maszt statku pirackiego). Cóż, mój Han Solo musi zadowolić się czarnymi za 10 zł, a na pewno nie posunę się do popularnego wśród budowniczych fałszerstwa i nie przemaluję ich na szaro, bo klocki LEGO to nie deski. Drugi rodzynek tego projektu to radar/antena charakterystyczna dla Sokoła, która również występuje tylko w tym zestawie ze specjalnym nadrukiem. Zamiast jednak wydawać 500 zł na oryginał, pozwoliłem sobie na identyczny ersatz bez nadruku za parę złotych. Inne elementy były bardziej znośne lub łatwiejsze do zastąpienia w niezauważalny sposób.