The Kessel Run

Watch this.

Po uzbieraniu wszystkich elementów nadszedł okres psychicznego przygotowania się do budowy. Nie miałem pojęcia ile czasu ona zajmie – nie miałem zamiaru siedzieć ciurkiem, raczej po 1-2h dziennie. Nie wiedziałem też, jak sprawnie wyjdzie wynajdywanie poszczególnych części w pudełkach, czy na pewno niczego nie zabraknie itd. Odwlekałem to tak długo, że dobry termin wydarzył się na przełomie starego dobrego roku 2020 i nowego.

Korzystając z instrukcji na tablecie (o ile jeszcze ktoś pamięta ten typ urządzenia popularny parę lat temu) i po wstępnej segregacji części, robota ruszyła całkiem sprawnie. Na szczęście miałem tyle rozumu, żeby poukładać elementy w boxach w sposób w miarę prosty do odróżnienia i do znalezienia – co nie zmienia faktu, że parę razy miałem kryzys graniczący z pewnością, że jednak nie mam którejś części – ale zawsze udawało się ją w końcu znaleźć.

Co do samej budowy – Falcon opiera się na mega solidnej konstrukcji, co chyba nie powinno dziwić. Masa technicowych belek, zdublowanych i łączonych w wiązki wielką liczbą bolców i klamer. Mocowania technicowe wzmacniane są kilkoma różnymi łączeniami konwencjonalnymi. Nie wiem czy jest to efekt jakichś konkretnych obliczeń, czy po prostu projektant uznał że stworzy iście pancerny szkielet, który wytrzyma wszystko – i zasadniczo mu się to udało. Gotowy model jest niesamowicie stabilny, nie ma skłonności do żadnego śmigła, zwichrowań czy jakiegokolwiek „trzeszczenia”. Wszystkie sześć nóżek podwozia stoi stabilnie na stole bez żadnego luzu czy kiwania.

Skoro już o podwoziu mowa – owe siedem nóżek to chyba najnudniejszy element całej budowy – powtarzalna 7 razy dość drobiazgowa konstrukcja – choć i tak nie umywająca się do budowy podwozia i gąsiennic Sandrawlera UCS.


Co do klocków zastępczych, które zastosowałem – jak wiecie, raczej nie szedłem na kompromisy i kolory elementów zmieniałem (z przyczyn kosztowych) tylko w tych niewidocznych. Oczywiście talerz radaru pozostaje niezadrukowany, bo jeszcze nie zamieniłem się z koniem na głowy żeby kupować oryginał za 5 stówek (acz więcej o tym niżej).

Drabinki osłaniające silniki – na szczęście nie musiałem stosować zastępczo czarnych (co początkowo miałem w planie) bo prawidłowe szare mocno staniały w trakcie budowy.

Relatywnie największym problemem były tak zwane kije od parasola, w przypadku których zastosowałem nie tyle element zastępczy, co po prostu nową wersję oryginalnego. Ma ona trochę inaczej ułożony bolec, co powoduje że nie zawsze udało się ją wpasować tak jak powinna. Na szczęście element ten nie stanowił konstrukcji, tylko techno-ozdobniki na kadłubie, więc zawsze udało się go jakoś wpasować przy małych oszustewkach.

Jeszcze jedna różnica wizualna to kokpit, gdzie nie ma naklejek na pulpity (nie chciało mi się w to bawić – założyłem że po prostu cały model będzie bez zadruków i naklejek) a także… tabliczka z danymi do ustawienia przy ekspozycji Falcona. To ostatnie akurat mógłbym wydrukować, tyle że.. nie zamierzam statku eksponować ani w żaden inny sposób trzymać złożonego. Tym niemniej tabliczka i jej części wchodzą w skład całego zestawu, więc dla porządku zbudowałem ją i stoi pusta.

Pamiętajmy, że omawiany Falcon to zestaw z roku 2007, co w skali LEGO stanowi kilka epok. I trzeba przyznać, że przy tak starym zestawie, który miał do dyspozycji znacznie mniejszą pulę rodzajów klocków niż teraz, sam wygląd statku został oddany rewelacyjnie. Wszystkie skosy, łuki i inne subtelne kształty zostały oddane świetnie – aczkolwiek nie zapominajmy że to w znacznej mierze zasługa skali. Generalnie przy odpowiednio dużym modelu, nawet z Duplo można uzyskać wierne odtworzenie kształtów 🙂 Tym niemniej techniki uzyskiwania tych kształtów i skosów są naprawdę pomysłowe – w obecnych czasach część z nich zresztą podejrzewałbym o niedopuszczalność w oficjalnych zestawach. Co ciekawe, nieco elementów (zwłaszcza górnego poszycia) jest zamocowana grawitacyjnie – więc jeśli mielibyście zamiar wyeksponować model np. w położeniu „stojącym na ścianie”, przyda się klej.

Biorąc pod uwagę wspomniany ograniczony wybór części, model siłą rzeczy korzysta z NPU, czyli „nice parts usage”, czyli wykorzystywania elementów LEGO w sposób inny, niż ich pierwotne zastosowanie. Stąd mamy te opisywane kije od parasoli, które poza fakturą poszycia są też wykorzystane do konstrukcji „przeszklonej” owiewki kokpitu, co wypada zadziwiająco dobrze. Inne przykłady to obłędna liczba słuchawek telefonicznych jako gribblesy na powierzchni statku, a także sporo dyszli od konia w tej samej roli. Z drugiej strony mamy kilka rozwiązań rozczulająco prozaicznych, jak klasyczne krzesełko i kierownicę na stanowisku strzelca górnego działka.

No i klasyczne są też minifigsy – które w 2007 może stanowiły top of the line postaci LEGO Star Wars, ale teraz są już mocno retro i to właściwie w pozytywnym sensie. Proste miny i klasyczne fryzury to jeszcze nawiązanie do mniej skomplikowanych pamprów LEGO, zanim zaczęły się one ścigać z Hot Toys na wierność odwzorowania postaci.


Inny ciekawy egzotyk to konstrukcja samej instrukcji. Nie ma tu znanego doskonale współcześnie podziału na ponumerowane woreczki z klockami – części przy poszczególnych etapach są po prostu podawane jakby były z jednego wielkiego wora. I chyba trochę tak było, w oryginalnym 10179 części były chyba po prostu popakowane rodzajami, a nie wg kolejności budowy. Inną atrakcją instrukcji jest to, że zasadniczo rzadko kiedy pokazuje ona strzałkami gdzie poszczególne części idą na danym etapie. O ile na początku to niewielki problem, o tyle w połowie akcji gdy mamy na dwóch stronach rozrysowany gargantuiczny szkielet statku, wypatrywanie co się zmieniło w porównaniu z poprzednią stroną jest dobrą zabawą.


Wypada też wyrazić parę słów podziwu dla samego siebie – otóż jakimś cudem podczas całej budowy nie zabrakło mi żadnej części – całe to wieloletnie zbieranie z tabelki jednak zostało wykonane rzetelnie. Co więcej, sporo części mi zostało – ale to raczej wynika z rozbieżności pomiędzy listą elementów, a tym, co finalnie idzie do budowy oraz z gapiostwa i… np. dwukrotnego zamówienia tych samych klocków. Tak więc raczej nie ma obawy, że gdzieś w środku Sokoła jest jakaś niewypełniona luka. Z drugiej strony instrukcja jest tak rozbudowana, że spokojnie może się zdarzyć, że… przegapimy jeden z kroków budowy, zwłaszcza jeśli dotyczy on ozdobników, a nie zasadniczej konstrukcji statku. Trzeba się na tym mocno skupiać, ale przy tak długiej budowie wszystko się może zdarzyć – i głowy nie dam, że gdzieś tam nie przegapiłem jakieś światełko, wajchę czy inną kratkę.

Zahaczając o temat problemów z Falconem – mimo że stoi on stabilnie na stole, przeniesienie go to duży wyczyn – dopiero po paru próbach doszedłem do tego, jak tego bezpiecznie dokonać. Chyba nie byłem jedyny, bo w nowej wersji w instrukcji jest już informacja na ten temat. Jest to o tyle przykre, że spód jest dość delikatny i złapanie go gdzie nie trzeba często skutkuje odpadaniem szarych trójkątów – a żeby było śmieszniej, wypadają one z miejsc niewidocznych i mega trudno dostępnych do naprawy.

Po tej spóźnionej o kilka lat recenzji samego zestawu, pora na małe podsumowanie. Ile to wszystko kosztowało? No więc oczywiście znacznie więcej, niż planowałem. Przypomnijmy, że kiedy zaczynałem tę zabawę SZEŚĆ I PÓŁ ROKU TEMU, założyłem, że całość będzie kosztować mnie „pod trójkę”, a dodatkowo że będę wydawał na ten projekt stówę miesięcznie. Minęło czasu tyle, co widzicie, więc łatwo sobie policzyć, że ciut wyszedłem poza budżet. Żeby wyłożyć kawę na ławę: same kloxy kosztowały niecałe 4800, wszystkie przesyłki w sumie 1300. Tak więc całość wyszła nieco ponad szóstkę. Skąd wyniknęła ta karygodna miskalkulacja? Przyczyn oczywiście jest kilka:
• Pierwotny szacunek był nieco z czapy i opierał się na porównaniu z ofertami bazującymi w znacznej mierze na używanych klockach – a nie nowych, jak ja założyłem. Pójście w używki radykalnie obniżyłoby koszt.
• Za dużo paczek – zwykle starałem się aby wartość pojedynczej przesyłki nie przekraczała 300-400 zika na wypadek zaginięcia na poczcie. Z tego powodu, zwłaszcza w początkowym okresie zbieractwa obcinałem zamówienia, które de facto mogły być znacznie większe i w efektywniejsze kosztowo. Ostatnie 2 lata akcji to mozolne zbieranie pojedynczych klocków, gdzie koszt wysyłki był porównywalny z kosztem zawartości.
• Kilka błędów typu zamówienie pewnych części dwa razy lub kupno po ewidentne zawyżonej cenie.

Również zakładany przeze mnie ambitnie plan śledzenia cen poszczególnych elementów szybko wziął w łeb – realnie śledziłem tylko najbardziej kosztotwórcze składniki, gdy tymczasem jakiś klocek z tła niepostrzeżenie potrafił nagle dostać mega ceny. Z drugiej strony trzeba przyznać, że czas działał również na naszą korzyść – szare drabinki osłaniające silniki, które pierwotnie chciałem zastąpić czarnymi z uwagi na zaporową cenę, w międzyczasie staniały do jakichś groszy. Żeby było zabawniej staniał też super-drogi radar (wyłącznie dzięki ukazaniu się nowego Falcona) i zamiast 5 stówek, można go kupić już za 60-70 zł. Ale uznałem że kupowanie go teraz na sam koniec to byłoby małe przekłamanie mojego projektu, więc odpuściłem.

Z innych danych: całość poszła w 30 roboczogodzin zamiast zakładanych 20 – ale to i tak niewielka górka biorąc pod uwagę brak fabrycznej segregacji klocków. Samych pojedynczych zamówień elementów było w sumie 34.

Tak więc ten epicki Projekt 10179 dobiegł końca. Czy Falcon trafi na wystawkę zbierać kurz? Zdążyłem w międzyczasie zmienić zdanie, więc nie, nie trafi. Po sesji zdjęciowej powróci do swojej elementarnej formy i trafi na szafę na święte nigdy. Siedem lat chwały odpracowane z sukcesem, nie ma sensu popadać w ekspozycyjny samozachwyt.

Jakie refleksje? Poza zupełnie absurdalnym kosztem całej zabawy, na którą bym się nie zdecydował, gdybym wiedział wcześniej, było to bardzo hm… budujące i zadziwiająco bezproblemowe doświadczenie. Dzięki niemu zrozumiałem też w pełni LEGO The Movie, gdzie poznawałem, że krążące po ekranie liczby to faktyczne kody produktowe części w danej scenie… taka zdrowa i potrzebna wiedza w mózgu. Nagroda za przygodę z Falconem to 5 minut lansu w necie, a także drobny fakt, że można sporo nauczyć się o samym LEGO (o ile kogoś to jara), technikach budowy, zastosowaniu kloksów i generalnie filozofii konstruowania tego typu grubasów. Fajnie mieć to odhaczone i przejść do dalszych zajęć.

Epilog

A jakie wrażenie z budowy nowego Sokoła? Zadziwiające, ale… nie jest on aż tak bardzo różny od starego. Mimo że kadłub jest znacznie lepiej odwzorowany pod względem kształtów poszczególnych elementów, to zasadniczy szkielet na którym opiera się konstrukcja jest niemal identyczny. Owszem, pojawia nieco nowych elementów wzmacniających, typu klamry Technic, a także samo „rusztowanie” jest nawet nieco mocniejsze niż i w i tak pancernym oryginale – głównie poprzez większą liczbę bolców spinających technicowe belki.

Natomiast żeby było śmieszniej, kolejność budowania jest tu zaplanowana nieco inaczej niż w starym, mimo że przechodzimy zasadniczo przez te same etapy. Co ciekawe, budowa trwała mniej więcej tak samo długo, jak starego (31,5h vs. 30) – choć tu miałem duży komfort działania na ponumerowanych woreczkach. Jednak okazuje się, że nie było to wcale aż taką przewagą, gdyż nawet w ponumerowanym woreczku masz masę wymieszanych części – a w starym jednak wszystkie miałem z góry posegregowane, tyle że trzeba było je czasem dość długo wyszukiwać. Z innych ciekawostek wykonawczych budowanie wg instrukcji z PDF i tableta (starej wersji, z oczywistych przyczyn) było nieco wygodniejsze niż z gigantycznego kilkukilogramowego papierowego grzmota (wersja nowa).


Fajnym knyfem jest (powszechne chyba obecnie w LEGO) kolor-kodowanie klocków. Czyli klocki, które docelowo będą niewidoczne (np. elementy szkieletu) przy danym rozmiarze występują na danym etapie tylko w danym kolorze. Czyli nie musimy się zastanawiać czy ciemnoszara belka ma długość 16 czy 14, bo dany kolor ma tylko jeden rozmiar. Oczywiście wpływa to na łatwość i szybkość budowy.

Jak wiadomo, największą różnicą w nowym Falconie vs. stary jest wnętrze statku – czyli wreszcie możemy zajrzeć do środka. Siłą rzeczy nie jest to całkowicie oddane wnętrze (może to dopiero będzie w kolejnej wersji, gdy się okaże, że jednak się da), ale dwa kluczowe, acz odizolowane od siebie pomieszczenia – świetlica ze stołem do holoszachów i maszynownia. Ta druga wzbogacona jest już o elementy znane z Solo – np. hipernapęd, mimo że zestaw pojawił się na rynku przed premierą filmu. Przyznam że są one zrobione wręcz rewelacyjnie z wieloma pomysłowymi zastosowaniami drobnych detali – mamy nawet złudzenie wiodących w dal „okrągłych korytarzy”. Co ciekawe, w miejscach gdzie mamy te pokoiki, w starym Falconie znajdowały się puste wypełniacze, więc teoretycznie bez większego problemu dałoby się je wstawić już w pierwszej wersji – no ale może na początek nie chcieli przeginać z wypasem. Zresztą w nowym też połowa wnętrza to takie wypełniacze, więc jest jeszcze przestrzeń do rozwoju.

Pomijając odwzorowanie wnętrza, wiele miejsc zostało spimpowanych w porównaniu ze starym – zamiast tradycyjnego krzesełka i kierownicy przy działku mamy teraz wypas fotel i wolant.

Także sama powierzchnia ma nieco więcej detali i mniej studów, więc całość wygląda bardziej sleek. Oczywiście górna powierzchnia kadłuba ma możliwość zdjęcia paneli aby dać dostęp do pomieszczeń wewnątrz, ale nie jest to najprostszy mechanizm świata – wiec jeśli dacie to dziecku do zabawy, może płakać. Sama powierzchnia modelu jest znacznie bardziej „wygładzona” niż w starym, z niewielką liczbą widocznych studów. Kompletnie przebudowano fakturę przednich „szczęk” statku, a także np. podstawę anteny-radaru. A propos radaru należy dodać, że statek można prosto zmodyfikować do wersji z Nowej Trylogii – jako osobny element mamy prostokątny radar i dodatkowe detale na dziób.

Co ciekawe, mimo że konstrukcyjnie oba modele są w 80-90% identyczne (te same techniki i struktura, trochę inne części), niektóre rozwiązania w nowej wersji są gorsze niże w starej – np. „dziób” statku pomiędzy dwoma trójkątnymi elementami w tej wersji jest przymocowany znacznie mniej stabilnie niż w pierwszym Sokole. Także nowy kokpit, mimo że „ładniejszy”, o wiele trudniej otworzyć niż stary, który miał po prostu zawias. Aby umieścić w środku figsy, w nowym trzeba odpiąć całą konstrukcję owiewki, co nie jest tak prosto zrobić bez uszkodzenia reszty konstrukcji. Pomijam fakt, że stary kokpit odwzorowany pieczołowicie z antenek wg mnie lepiej trzyma „ducha LEGO” niż po prostu jedna gotowa część w nowym. Również silniki w nowej wersji gorzej mi leżą niż w starej – teraz są niby z bardziej wiernych „neonowych rurek”, ale jakoś nie wyglądają najlepiej.

Kilka dalszych różnic i podobieństw możecie sobie podejrzeć tu:

Warto dodać parę słów o pozaklockowej o oprawie zestawu: o ile pierwotny model to tylko wielkie pudło, wielka instrukcja i przegródki na woreczki z klockami, o tyle nowa wersja to już pełna celebra. Tu również mamy eleganckie pudło, po otwarciu którego naszym oczom ukazuje się kartonowa tacka z gigantyczną instrukcją w sprężynowej oprawie (podobnej zresztą, jak w tym starym). Po wyjęciu tacki widzimy grzbiety czterech mniejszych kartonów z częściami, które zestawione układają się w obrazek Falcona. Każdy karton dodatkowo opatrzony jest filmowym cytatem na temat naszego statku. Potem niestety zaczynają się schody, gdyż kartony nie są ponumerowane i woreczki z klockami w nich też nie idą po kolei, więc musimy chwilę dojść do tego, co gdzie jest.


I chyba na tym wypada zakończyć naszą falconową epopeję. Dziękuję wszystkim trzem osobom (szacunkowo), które towarzyszyły mi w tym bezsensownym queście 🙂 Over&out.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *