Zgodnie z planem zrobiłem zamówienie fury chamskich przemysłowych części w oficjalnym sklepie LEGO – wielkie płyty i belki w liczbie kilkuset w przystępnych cenach. Zamówienie złożyłem w lipcu 2016 i… czas mijał.
W październiku, zdając sobie sprawę, że z moich części przedziwną budowlę stawia sobie właśnie listonosz, delikatnie przypomniałem się w sklepie informując iż moje zamówienie nadal nie dotarło. Miła pani Ania z infolinii w UK (którą pewnie zna każdy, kto robił w sklepie LEGO jakieś sensowne zakupy z Polski) w swoim telefonie ubolewała nad tym faktem i zapowiedziała ponowną wysyłkę. Jak zwykle – zwykłym (acz dużym) listem.
Fast Forward do grudnia, gdy przesyłki nadal nie było. Zbliżały się święta, a szczęśliwy listonosz rozbudowywał swój industrialny twór. Zatroskana Pani Ania, zamiast wysłać mnie na drzewo zadeklarowała ponowną wysyłkę. Niestety skostniała biurokracja LEGO nie pozwalała im zrobić rzeczy najsensowniejszej, czyli wysłać zamówienia kurierem zamiast zwykłym listem. Tym razem jednak, aby zwiększyć szanse sukcesu, poprosiłem o wysyłkę na inny adres.
No i proszę – już w połowie stycznia, pół roku po zamówieniu, przesyłka doszła i włączyłem klocki do puli. Co ciekawe, na tym etapie, na podstawie poniesionych już wydatków obliczyłem, że cała zabawa raczej nie będzie kosztować w sumie mniej niż 5,5 koła. Tyle w temacie oszczędności.
