Będąc w nastroju gwiezdnowojennym pewnego dnia przeglądałem aktualne aukcje i ceny zestawów LEGO SW. Z ciekawości sprawdziłem, po ile teraz chodzi największy zestaw LEGO ever, czyli Sokół Millennium 10179. Oczywiście spodziewałem się jakiejś mega kasy, ale zobaczywszy na Ebayu masę aukcji, gdzie ten statek (początkowo kosztujący w sklepie 500$ albo nawet jeszcze mniej) aktualnie chodzi po 5000$ (i ludzie to kupują) poczułem uderzenie jakieś strasznej fali absurdu. Natomiast zaraz po niej przyszła fala ciekawości: a gdyby spróbować zbudować sobie go samemu „na lewo”, z niezależnie kupowanych osobnych klocków? Niedawno, z całkiem innych przyczyn, zetknąłem się ze zjawiskiem zamawiania indywidualnych klocków na wyspecjalizowanej giełdzie BrickLink, więc może gdyby podejść do tematu tą drogą, udałoby się poskładać Sokoła za ułamek jego ceny rynkowej?
Szybki research w necie wykazał, że bynajmniej nie ja pierwszy wpadłem na ten pomysł. Działalność nazwana „bricklinking” to całkiem popularny trend polegający na budowaniu różnych zestawów właśnie z niezależnie sourcowanych klocków.

Ludzie zwykle startują od nieco prostszych projektów, jako że właśnie Sokół 10179 jest właściwie szczytem tego, co można osiągnąć w ten sposób. Ponieważ jednak nie planowałem przeznaczyć najbliższych lat swojego życia na szlifowanie klockowo-giełdowego fachu postanowiłem od razu skoczyć na głęboką wodę, ufając, że dzięki swojemu geniuszowi i lekturze netu uda mi się uniknąć większości błędów nowicjuszy. Co ciekawe, podczas researchu zauważyłem że, ktoś podszedł już do tego tematu też w Polsce, ponieważ znalazłem aukcję na Allegro, gdzie koleś sprzedawał właśnie gotowy zestaw klocków do Falcona domowej roboty. Na marginesie jakiś czas potem tak poskładanego Sokoła zobaczyłem też na znanej wystawie LEGO objeżdżającej kraj.
Bynajmniej nie miałem złudzeń, że dokonam tej sztuki po taniości. Sokół ten to największy zestaw LEGO w historii, zawierający ponad 5100 klocków. Nawet jeśli jakimś cudem udałoby mi nabyć wszystkie, powiedzmy, po 50gr, nadal daje to kwotę 2500 zł. Wspomniana aukcja na Allegro śpiewała 3800 zł, więc zakładałem, że całość może kosztować pod trójkę. Mimo tych kosztów, zdecydowanie wyższych niż nowy zestaw (choć ten jest już oczywiście od dawna nie do kupienia w tej cenie) postanowiłem spróbować – a dlaczego?
Dlatego, że skompletowanie tak gargantuicznego zestawu we własnym zakresie to zupełnie nowe wyzwanie i ekscytująca atrakcja. Starego dziada, mimo że go już stać, nie jara zakupienie w sklepie wielkiego pudła LEGO i zbudowanie zestawu w jedno popołudnie. Co miałbym dalej z nim zrobić? Bawić się? Ustawić na wystawce i zobaczyć jak zbiera kurz? Nie, cała atrakcyjność tej zabawy to gonienie króliczka, zbieranie kolejnych klocków z listy 5000+ pozycji, śledzenie cen, radość z korzystnego zakupu albo złapania mega okazji na rzadki element. Dlatego też nie kupiłem gotowej góry falconowych klocków z Allegro, mimo że koszt pewnie byłby porównywalny. Dlatego nie kupiłem żadnego innego gigantycznego zestawu LEGO (który pewnie kosztowałby taniej). Nie jestem przecież dzieckiem, żeby bawić się klockami. Tu chodzi o kolekcjonerstwo i to bardzo specyficzne, bo w zakresie jednego zestawu. Jeszcze dzień wcześniej zanim wpadłem na ten pomysł uważałem, że nie ma większej frajdy z LEGO niż nabycie boxa z Sokołem i składanie go w pocie czoła przez 20 roboczogodzin (to chyba standardowy nakład pracy). Teraz już wiem, że większą frajdą jest zbieranie go miesiącami, a dopiero potem zbudowanie przez 20 roboczogodzin – albo pewnie i więcej, bo ręcznie zebrane elementy nie będą tak porządnie posegregowane jak w firmowym boxie.
I dopiero wtedy może trafić na wystawkę ku zdumieniu znajomych i spokojnie zbierać kurz.